Wciśnij Enter, aby wyszukać, lub Esc, aby zamknąć

Wyprawa na kajaki: Słowenia

Wyprawa na kajaki: Słowenia

Thumbnail

Ostrawa, 25 sierpnia 2017

Wyjazd na Słowenię, zorganizowany przez biuro Vagari poprzedziliśmy wyjazdem na podstawowy kurs kajakarstwa górskiego nad Dunajcem w okolicy Łącka i Szczawnicy Zdrój. Kurs się zaczął od ogólnego wprowadzenia, dobrania pianek, butów, kamizelek ratunkowych, wioseł, kasków i fartucha zwanego sukienką J. Później była rozgrzewka i proste techniki na wodzie. Całość trwała trzy dni a dwa kolejne tylko utrwaliły nas w przekonaniu, że jest to świetna zabawa i warto ją kontynuować w kolebce kajakarstwa górskiego – na Słowenii ! Nadmienić też trzeba, że była to nasza pierwsza przygoda z kajakarstwem górskim i nie ma to nic wspólnego z normalnymi kajakami.

Umówiliśmy się na dojazd własny, choć w opcji była również możliwość dowozu zorganizowanego przez Vagari. Doszliśmy do wniosku, że wybierając własny środek transportu będziemy bardziej mobilni na miejscu a być może zatrzymamy się jeszcze gdzieś po drodze i nieco przedłużymy sobie wyjazd. Ostatecznie okazało się, że choć nie była to zła opcja, to czas na miejscu był tak zorganizowany i wypełniony różnorodnymi zajęciami, że w zasadzie nie było czasu na dodatkowe wypady.

Jest czwartek, 24 sierpnia 2017r. na szybko załatwiamy ostatnie sprawy przed wyjazdem, obiad u rodziców J i, no może nie o 15.00 jak planowaliśmy, ale o16.30 wyjeżdżamy na Słowenię, do Bovec. Jedziemy w trójkę. Planowaliśmy dojechać nieco dalej, ale ostatecznie zatrzymaliśmy się w Ostrawie, w starym odrestaurowanym młynie. Niestety dotarliśmy po 22.00 i już nie było szans ani na kolację, a co gorsze na czeskie piwo J. Na szczęście mieliśmy swojego „Złotego bażanta” z Lidla.

Szybkie spanie, rano pyszne i syte śniadanie i lecimy dalej, przez Brno, Wiedeń.

Im dalej na południe, tym coraz cieplej J W zasadzie się nie zatrzymujemy, krótkie techniczne przystanki. Ku naszemu zdziwieniu, okazało się, że jedziemy również przez Włochy. Ten fakt jak i przepiękne miejsce, które napotkaliśmy, skłoniły nas, aby zatrzymać się na pizzę. Na miejscu jednak wybraliśmy alio-olio. Może nie było najlepsze, ale dobre. Natomiast piwo – wyśmienite.

Dojechaliśmy na miejsce, do Bovec, pod wskazany nam adres. To nieduże miasteczko, które żyje głównie z turystyki kajakarskiej i innych sportów wodnych, więc znalezienie wskazanego nam adresu nie było skomplikowane. Na miejscu poznaliśmy szczegółowy plan jutrzejszych zajęć i z miejscowym opiekunem udaliśmy się na naszą kwaterę. Na miejscu, starsza Pani, na którą później mówiliśmy po prostu Madamme J najpierw poczęstowała nas jabłkową struclą, która była przepyszna a następnie do późnej cieplutkiej nocy, w świetle księżyca i niezliczonej ilości gwiazd graliśmy w szachy, karty i kości delektując się miejscowym wytrawnym, czerwonym winem, zajadając się zrobionymi przez Madamme oliwkami.

Sobota, 26 sierpnia 2017

Kolejny dzień przywitał nas pięknym słonecznym porankiem i śniadaniem, które przygotowała Madamme. W planie było wyjście do wodospadów. Otrzymaliśmy szczegółową mapę i kilka wskazówek. Na drodze jednak stanęła nam rzeka, którą należało przejść. Przypomniał nam się film o gościu, który wyruszył na Alaskę i stykał się z podobnymi problemami. Z tym tylko, że nasza rzeka sięgała połowy ud i nie była, aż tak wartka. Tak czy inaczej zabawa była przednia, każdy musiał sobie zorganizować kije do asekuracji i wytrzymać kilka minut w lodowatej wodzie. Zdjęliśmy buty i brodziliśmy na bosaka.

Sam wodospad nie był imponujący, ale miejsca, które widzieliśmy po drodze wynagrodziły to. Podwieszane mosty, kozy, rzeka .. piękne widoki. Do domu wróciliśmy inną drogą, również przez rzekę, jednak tym razem już nie zdejmowaliśmy butów, wiedząc, że do domu nie mamy daleko.

Wieczorem pojechaliśmy do miasta, gdzie było całkiem gwarno, ale nie tłoczno. Grał jakiś zespół, wypiliśmy, jak się później okazało najdroższe piwo na tym wyjeździe, bo kosztowało 3,5 Euro. Dobrze, że chociaż dobre było J. Na kolejny dzień zaplanowana była wycieczka rowerowa.

Niedziela, 27 sierpnia 2017

Ponieważ wrześniowa wyprawa na Mont Blank w zasadzie stała się faktem, należało wejść w ostatnią fazę przygotowań do szlifowania formy J Do miasteczka po rowery postanowiłem się przebiec. Chociaż miało bo być jakieś 5 km, wyszło ponad osiem i ostatni ciągle pod górę J. Ale było super, fajne widoki i dobra zaprawa.

Pozostali uczestnicy dojechali na miejsce skąd odebraliśmy rowery, bardzo dobrej jakości, co nas miłe zaskoczyło, bo spodziewaliśmy się czegoś znacznie słabszego. Plan przewidywał dotarcie do „Vielikich Koryt” w górę rzeki Soca. Szczegółowa mapa z naniesionymi miejscami widokowymi i tymi „must see” J znacznie nam ułatwiła sprawę. Świetna trasa, wiele razy zatrzymywaliśmy się po drodze, aby dojść do rzeki i napatrzeć się na jej turkus i okalające ją skały, zrobić kilka zdjęć. Im dalej w górę rzeki, dostrzegaliśmy coraz ciekawsze miejscówki J. Na jednym z wielu miejsc, mocno rozgrzani i spoceni, postanowiliśmy się nieco schłodzić w nurcie Soci. Zeszliśmy niewielką, kamienistą skarpą na dół i nie mogliśmy oczu oderwać od prześlicznej zatoki. Nasz kontakt z wodą błyskawicznie jednak ostudził nasze plany rzecznej kąpieli. Woda miała ok. 8-10 C. Po krótkiej chwili moczenia w niej nóg, było czuć ból w kościach. Zachęcony możliwością zrobienia sobie foty na wystającej na środku zatoki skale, postanowiłem jednak w ślad za pozostałymi dopłynąć do niej. Kilkukrotne zanurzanie się w lodowatym nurcie odniosło zakładany skutek i po kilku minutach, machając jak opętany rękami i nogami dotarłem na drugi brzeg rzeki skąd zostało już tylko kilka kroków do celu. Zdobycie skały a później skok na główkę do krystalicznie czystej, turkusowej toni wynagrodziły dyskomfort zanurzenia się w tej lodowatej rzece.

Po kilku godzinach spokojnej jazdy, mieliśmy już w udach kilkadziesiąt kilometrów, z czego większość delikatnego acz niemal ciągłego podjazdu. Koryta okazały się zjawiskowe. Do domu wróciliśmy asfaltową drogą. Chłodne piwo na ryneczku wynagrodziło trudy podróży J. Coś zjedliśmy i poszliśmy na pyszne włoskie lody. Dowiedzieliśmy się, że jutro wieczorem będzie na nas czekała niespodzianka. Przed nami były kolejne atrakcje : kanioning i trzy dni kajaków. Ze względu na niski poziom wody w rzece, zrezygnowano z raftingu.

Poniedziałek, 28 sierpnia, 2017

Poranek zleciał nam bardzo powoli. Regeneracja J śniadanko i kawka na tarasie. Na kanioning pojechaliśmy jeszcze z trójką Niemców i przewodnikiem. Piętnaście minut drogi, tym razem w dół rzeki. Tylko się przebraliśmy i lunął deszcz. Jego zimne krople stawiały nas do pionu, ale po kilku minutowym marszu na skalistą górę, już nic sobie z niego nie robiliśmy. Przebraliśmy się w neoprenowe pianki, buty i kaski – krótki instruktarz i zjeżdżamy na dupach po kamienistej rynnie do wody. Nieco dziwne uczucie, ale szybko znajdujemy w tym niezłą zabawę. Zjazdy są zróżnicowane, niski poziom wody każe nam uważać przy lądowaniu w wodnych oczkach. Przeszkody są coraz trudniejsze, skoki i zjazdy coraz dłuższe. Ostatni ma ok. 11 m. Zjeżdżamy na linie, którą przewodnik „zrywa” w trakcie zjazdu – jest adrenalina J.

Wieczorem niespodzianka, którą był … escape room – zadanie polegało na wydostaniu się z więzienia, poprzez wyjście przez kolejne trzy pokoje. Zdążyliśmy przed samym końcem, ale jedną zagadkę udało nam się rozwiązać przypadkowo, wyłączając zasilanie elektromagnesu J. Było super, udało nam się uciec J.

Dzień zakończyliśmy w pobliskim pubie, oglądając prezentację wyprawy na narty do USA.

Wtorek, 29 sierpnia, 2017

Pierwszy dzień kajaków. Wybiegłem nieco wcześniej, aby się nie spóźnić. Na miejscu okazało się, że w naszej grupie będziemy tylko my a dodatkowo pojedzie z nami drugi instruktor, który przy okazji będzie szlifował swoje umiejętności na krótkim kajaku „fristajlowym”. Głównym instruktorem jest Owen z Irlandii, pomagającym Tom z Węgier. Krótkie wprowadzenie i ruszamy. Kilkudniowy kurs w Polsce pozwala nam czuć się dość komfortowo, choć nie jest on konieczny przed przyjazdem na Słowenię. Owen po kolei sprawdza nasze umiejętności. Z tego co mówi, nie jest źle J Wprowadza nowe elementy, niektóre tłumaczy w inny sposób. Proponuje przepłynięcie pod zwalonym drzewem, .. i mamy pierwszą wywrotkę. Ale Robert szybko się pozbierał na tzw. dziubek. Wpływamy do spokojnej zatoczki gdzie wreszcie spróbujemy eskimoski. Nie jest to jednak takie proste, jak sądziliśmy i jak to wyglądało w wykonaniu Owena J. Po różnych podpowiedziach udaje mi się w końcu wykonać pierwszą w życiu eskimoskę. Po niedługiej chwili udaje się to również Robertowi. Mamy jednak jeszcze kawałek do przepłynięcia, więc postanawiamy ruszyć w dalszą drogę. Jest pięknie, ciepło, super kolory i sporo adrenaliny. Nawe nieduży nurt powoduje, że kajaki zasuwają, jak nam się wydaje, z dużą prędkością. Przed mostem, gdzie jest nasz końcowy punkt, próbujemy jeszcze eskimosek na nurcie. Udaje się ! Jedynie Jasiek nie może sobie z tym poradzić a ponieważ jest coraz bardziej zmęczony i my też, ostatecznie dalszą naukę odkładamy na kolejny dzień.

Środa, 30 sierpnia, 2017

Ponieważ kajaki są zaplanowane na 16.30 – rano, no może nie tak rano J, ale po śniadaniu wybraliśmy się zobaczyć wodospad Boca – jeden z większych i najbardziej atrakcyjnych w okolicy.

Trening zaczęliśmy od przypomnienia sobie rollingu (eskimosek). Fajnie poszło a Jasiek swoją zrobił za pierwszą próbą. Bardzo go to podbudowało. Poprzedniego dnia miał sporą deprechę z tego powodu. Nowy odcinek okazał się znacznie trudniejszy od poprzedniego a rzeka dość szybko zweryfikowała nasze umiejętności. Co jakiś czas któryś z nas kończył w toni, bo nurt był na tyle szybki, że nasze eskimoski nie wychodziły. Próbując łapania cofki (ang. edi), przepływania przez nurt czy poprawnego wiosłowania, dotarliśmy do końca trasy, z której nasze kajaki trzeba było wnieść kilkaset metrów na górę, co oczywiście jest częścią tego sportu. Mimo zmęczenia nadal mieliśmy niedosyt i z utęsknieniem oczekiwaliśmy kolejnego dnia na kajakach.

Czwartek, 31 sierpnia, 2017

Ostatni dzień miał być sprawdzianem zdobytych przez nas umiejętności. Umówiliśmy się przed południem na trasę, na której ostatnio ćwiczyliśmy. Tym razem nasz trener płynął przed nami a my mieliśmy powtarzać wykonywane przez niego elementy. Pogoda przepiękna, woda zimna, ale po kilkunastu minutach płynięcia nie zwracamy uwagi na oblewającą nas czasami wodę a wręcz co jakiś czas z wielką radością wykonujemy eskimoskę, aby z jeden strony upewnić się, że nadal nam to wychodzi a z drugiej, żeby się schłodzić.

To był ostatni dzień tej niesamowitej wyprawy. Z pewnością ją powtórzymy 🙂

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *